20 lipca 1976 roku ziemia „zadrżała” – mówiąc metaforycznie, ponieważ na Marsie nie była ani jedna stopa. Lądownik Viking 1 wylądował, stając się pierwszym amerykańskim lądownikiem, który przetrwał lądowanie, dostarczając ziarniste, usiane skałami panoramy martwego świata. Wydawać by się mogło, że kulminacja była rozczarowująca.

„Nie sądzę, że zdziwiłoby nas to, gdybyśmy zobaczyli źdźbła trawy” – kilkadziesiąt lat później wspominał Tom Young, dyrektor misji Viking.

Naukowcy spodziewali się znacznie więcej. Niektórzy, w tym Carl Sagan, znany z ekscentrycznego humoru, spekulują na temat gigantycznych potworów wielkości niedźwiedzi polarnych ukrywających się w lodzie. Większość czekała na odkrycie prostych drobnoustrojów. Zamiast tego otrzymali ciszę.

Przez ponad sto lat ludzkość na przemian „odkrywała” życie na Marsie i była zmuszona do wycofywania swoich twierdzeń. Za każdym razem, gdy poprawialiśmy jakość naszych narzędzi, obcy znikali. Do 1976 roku dane orbitalne wskazywały na martwą, suchą planetę. A przynajmniej tak się wydawało.

Ambiwalencja wyników Vikinga 1

Viking 1 i jego siostrzany statek Viking 2 były czymś więcej niż tylko łazikami. Były to latające laboratoria biologiczne. Ich misja: znaleźć istniejące obce życie w glebie.

Jakie były wyniki? Mylące.

Do dziś dane są niejednoznaczne. Większość naukowców zgadza się, że Wiking nie odkrył żadnych ostatecznych organizmów. Istnieje jednak zdecydowana mniejszość, która się z tym nie zgadza. Ten podział to nie tylko akademicka pedanteria; podkreśla zasadniczy kryzys w astrobiologii. Jak możemy rozpoznać życie, jeśli nie możemy się nawet zgodzić co do tego, jak ono wygląda?

Nasze zrozumienie granic biologicznych jest tragicznie niekompletne. Ryzykujemy dwa błędy: głoszenie życia tam, gdzie go nie ma lub pomijanie prawdziwej biologii ukrytej na widoku.

Ciężar dowodu Sagana

Astrobiolodzy od dawna podpisują się pod słynnym aforyzmem Carla Sagana: „Wielkie twierdzenia wymagają wspaniałych dowodów”.

To rozsądna zasada. Chroni nas przed oglądaniem aniołów w tosterach. Ale co, jeśli ta zasada działa wstecz?

Jeśli wszechświat tętni życiem – zwykłym, nieskomplikowanym, wszechobecnym życiem – wówczas żądanie „niezwykłych” dowodów na obecność marsjańskich mikrobów przynosi efekt przeciwny do zamierzonego. Być może szukamy Życia przez duże L, podczas gdy powinniśmy szukać po prostu brudu, który dziwnie pachnie.

„Jeśli żyjemy we wszechświecie, w którym życie nie jest niezwykłe… ustawienie tak wysokiej poprzeczki może przynieść odwrotny skutek” – sugeruje jeden z poglądów. Co by było, gdyby Wiking naprawdę odnalazł życie, a nasz sceptycyzm nas oślepił?

Argumenty na rzecz starożytnego zamieszkiwania

Starożytny Mars sprzed 3,5 miliarda lat był prawdziwą gratką.

Grzałka. Bardziej wilgotny. Chroniony przez globalne pole magnetyczne. Były morza, rzeki i gęsta atmosfera. Dziś jest to zamarznięta pustynia, która utraciła magnetosferę i wyparowała oceany. Ale w tych „złotych latach” istniały warunki życia.

Poza tym kosmos to brudne miejsce. Związki organiczne – surowce do życia – nieustannie osadzają się na Marsie dzięki meteorytom i pyłowi kosmicznemu.

„Od czegoś trzeba było zacząć” – mówi David Grinspoon, astrobiolog. „Albo życie zaczęło się na Marsie, albo mylimy się co do Ziemi”.

Współczesne dowody: plamki lamparta i alkany

Łaziki marsjańskie Curiosity (w kraterze Gale) i Perseverance (w kraterze Jezero) aktywnie „kopią”. Dane się gromadzą.

Wytrwałość odkryła czerwony mułowiec nakrapiany „cętkami lamparta”. Są to związki minerałów modyfikowanych żelazem i materią organiczną. Na Ziemi takie plamy często powstają w wyniku przetwarzania minerałów przez drobnoustroje. Nie są znane żadne procesy abiotyczne (nieożywione), które mogłyby z łatwością wytworzyć na Marsie taką chemię bez szeregu niezwykle mało prawdopodobnych zdarzeń.

Tymczasem Curiosity odkrył długie łańcuchy alkanów. Te cząsteczki zawierające węgiel znajdują się w kwasach tłuszczowych, takich jak te znajdujące się w błonach komórkowych. Promieniowanie marsjańskie prawdopodobnie zniszczyło je w ciągu eonów, pozostawiając fragmenty. Ale oryginalne cząsteczki? Zbyt długo, aby dotrzeć w nienaruszonym stanie na meteorycie.

„To ostateczny dowód istnienia życia” – mówi Chris McKay. „Mogą to być drobnoustroje. Ale to nie jest przekonujące”.

Dylemat zwrotu próbki

Aby to udowodnić, potrzebujemy próbek w ziemskim laboratorium.

NASA planowała misję powrotną próbek na Marsa. Trudny? Tak. Drogi? Drogi. Wynik? Kongres odciął finansowanie.

Astrobiolodzy są rozczarowani.

„Myślę, że jest to dla nas niezwykle ważne” – mówi Tom Young. “Każdy przywódca, który odmawia zwrotu tych próbek, pozostawia ciemną plamę na swojej reputacji. Tajemnica naszej kosmicznej samotności może zostać rozwiązana bezpośrednio na Marsie, czekając na nas w ziemi.”

Luka ilościowa

Co zatem stanowi dowód?

Trylobit? Oczywiście. Program radiowy z liczbami pierwszymi? Łatwo.

Ale w przypadku starożytnych drobnoustrojów granica jest niewyraźna. Potrzebujemy metody ilościowej – modelu statystycznego, który oddziela „życie” od „nie-życia” w oparciu o prawdopodobieństwo.

„W tej chwili to tylko wzruszenie ramion” – mówi David Catling. Musimy odpowiedzieć sobie na pytanie: w którym momencie przestajemy mówić „potencjalny bioindykator” i zaczynamy mówić „bioindykator”?

Jeśli masz 100 łazików marsjańskich wykrywających nieco dziwne anomalie chemiczne, a geologia nie jest w stanie wyjaśnić ich wszystkich bez naginania sumienia, czy dochodzisz do wniosku, że życie jest prawdopodobne?

Morgan Keble argumentuje, że na „hipotezę ostatniej szansy” należy patrzeć symetrycznie. Zamiast zakładać abiogenność, dopóki dowody nie udowodnią inaczej, powinniśmy z taką samą rygorystycznością rozważyć hipotezę biologiczną.

„Jeśli pozwolimy, aby prowadziła nas rzadkość, możemy przegapić zwykłe życie” – mówi Michael Wong. „Albo możemy pomylić wybitne procesy niebiologiczne z życiem”.

Mniejszość obrazoburcza

Nie wszyscy czekają na konsensus.

Stephen Banner, niezależny astrobiolog, uważa, że ​​społeczność naukowa jest zbyt ostrożna. Zbyt boi się popełniać błędy.

„Jest bardziej prawdopodobne” – argumentuje Banner – „że na Marsie istnieje dziś życie. I lądowniki Wikingów je odkryły”.

Twierdzi, że eksperymenty biologiczne Wikinga – wymiana gazowa, znaczniki radioaktywne, testy fotosyntezy – wykazały aktywność metaboliczną. Dane były niewątpliwie dziwne. Ale Banner upiera się, że są one biologicznie dziwne, a nie geologicznie.

Jego koledzy nie zgadzają się z tym. Ich poglądy są, delikatnie mówiąc, kontrowersyjne.

Ale sceptycyzm jest zrozumiały. Historia twierdzeń o życiu na Marsie jest cmentarzyskiem wycofań i rewizji. Jednak Benner twierdzi, że obecna ostrożność przysłania to, co oczywiste.

Werdykt? Jeszcze nie.

Viking 1 nie znalazł żadnych kosmitów. Ale nie stwierdził też braku życia. Znalazł znak zapytania wielkości planety.

W tym momencie brakuje nam „doskonałych dowodów” potwierdzających istnienie życia. Mamy coraz większą liczbę „pozwalających” dowodów. Plamy lamparta. Fragmenty kwasów tłuszczowych. Planeta, która miała być kolebką życia.

Ciężar dowodu pozostaje wysoki. Narzędzia są ulepszane. Próbki wciąż czekają.

Dopóki nie uda nam się sprowadzić tych skał do domu lub wylądować łazikiem wyposażonym w lepszy sprzęt laboratoryjny, debata będzie kontynuowana. Czy to jest biologia? Czy to geologia? A może oba te procesy płatają figle naszym umysłom?

Jedno jest pewne: Mars strzeże swoich tajemnic. I nadal zgadujemy.